Odchodzenie od paliw kopalnych to jeden z najważniejszych projektów naszych czasów. Turbina na szlaku przelotów ptaków albo plantacja drzew w miejscu cennej łąki pokazują jednak, że ograniczanie emisji nie zawsze idzie w parze z ochroną przyrody. Jak planować transformację, by klimat i różnorodność biologiczna nie stały po przeciwnych stronach?
Dwa kryzysy, jedna odpowiedź – dekarbonizacja w zgodzie z przyrodą
Czy można uratować klimat kosztem przyrody? Na krótką metę tak, ale ten rachunek generuje koszty środowiskowe, które mogą urosnąć do niebotycznych rozmiarów. Kryzys klimatyczny i utrata różnorodności biologicznej napędzają się nawzajem. Ocieplenie przesuwa zasięgi gatunków i osłabia ekosystemy. Z kolei zdegradowane torfowiska, lasy i łąki gorzej magazynują węgiel.
Ta zależność działa w obie strony. Inwestycja, która ogranicza emisje, ale niszczy siedlisko, osłabia naturalnych sprzymierzeńców w walce ze zmianą klimatu. Dlatego oba kryzysy trzeba rozwiązywać jednocześnie, a nie po kolei.
Farmy wiatrowe i fotowoltaika – kiedy lokalizacja decyduje o sukcesie dekarbonizacji?
Energia z wiatru i słońca to fundament transformacji niskoemisyjnej. Problem pojawia się wtedy, gdy o lokalizacji decyduje wyłącznie siła wiatru albo cena gruntu. Turbiny ustawione na trasach przelotów bądź w pobliżu kolonii lęgowych lub zimowisk stanowią realne zagrożenie dla ptaków i nietoperzy. Farmy fotowoltaiczne na łąkach czy terenach podmokłych zabierają z kolei miejsce rzadkim roślinom i owadom.
Dobre praktyki są obecnie znane i sprawdzone:
-
monitoring przedinwestycyjny, który obejmuje pełny cykl sezonowej aktywności ptaków i nietoperzy,
-
systemy czasowego wyłączania turbin w okresach wzmożonej aktywności zwierząt,
-
łąki kwietne zakładane pod panelami, które wspierają owady zapylające,
-
ekstensywny wypas owiec, zastępujący koszenie i chemiczne środki ochrony roślin.
Dobrze zaprojektowana farma fotowoltaiczna może zwiększyć lokalną różnorodność biologiczną, zwłaszcza na gruntach wcześniej intensywnie uprawianych.
Biomasa, energia wodna i zalesianie – pułapki pozornie zielonej dekarbonizacji
Nie każde rozwiązanie z etykietą „odnawialne” jest obojętne lub korzystne dla przyrody. Spalanie biomasy drzewnej na dużą skalę zwiększa presję na lasy, szczególnie gdy do kotłów trafia pełnowartościowe drewno, a nie odpady z przemysłu drzewnego. Ponowne związanie uwolnionego węgla zajmuje dekady, a razem z wyciętym drzewostanem znikają siedliska.
Energetyka wodna ma własne ograniczenia. Zapory i małe elektrownie wodne przerywają ciągłość rzek. Blokują w ten sposób wędrówki ryb dwuśrodowiskowych, takich jak łosoś, troć czy węgorz. Przepławki łagodzą ten problem, ale nie zawsze go rozwiązują.
Podobnie bywa z zalesianiem. Monokultury szybko rosnących drzew, sadzone wyłącznie po to, by pochłaniać dwutlenek węgla, wypierają rodzime ekosystemy. Najbardziej szkodzą wtedy, gdy powstają na torfowiskach lub cennych murawach, które same magazynują węgiel.
Surowce dla transformacji – mniej widoczny koszt dekarbonizacji
Turbina czy magazyn energii wpływają na środowisko długo przed montażem. Baterie wymagają litu, kobaltu i niklu, a turbiny i silniki elektryczne – miedzi oraz pierwiastków ziem rzadkich. Wydobycie tych surowców wiąże się z wycinką lasów, dużym zużyciem wody i zanieczyszczeniem gleb, często w krajach o słabszych standardach ochrony środowiska.
Ten koszt rzadko pojawia się w lokalnych bilansach, bo powstaje na początku łańcucha dostaw. Odpowiedzialność za transformację nie kończy się więc na granicy zakładu. Unijne rozporządzenie bateryjne wprowadza obowiązek należytej staranności w łańcuchu dostaw surowców. To wyraźny sygnał, że pochodzenie materiałów staje się elementem oceny inwestycji.
Unikaj, minimalizuj, odtwarzaj, kompensuj – hierarchia działań w dekarbonizacji
Jak pogodzić ograniczanie emisji z ochroną przyrody? Odpowiedzią jest hierarchia działań łagodzących, którą stosuje się w ocenach oddziaływania na środowisko. Kolejność kroków ma tu zasadnicze znaczenie.
Najpierw należy unikać szkód, na przykład rezygnując z lokalizacji w cennym siedlisku. Gdy to niemożliwe, szkody najlepiej minimalizować odpowiednim projektem i harmonogramem prac. Kolejny krok to odtwarzanie zniszczonych elementów przyrody. Dopiero na końcu przychodzi kompensacja strat, których nie dało się uniknąć.
Dlaczego kompensacja powinna być ostatnim krokiem? Bo przyrody nie da się w pełni „przenieść”. Odtworzenie torfowiska czy starodrzewu w innym miejscu trwa dziesięciolecia i nie gwarantuje powrotu tych samych gatunków. Projekt, który zaczyna od kompensacji, zwykle pomija prostsze i skuteczniejsze rozwiązania z wcześniejszych etapów.

Jak planować dekarbonizację z myślą o przyrodzie?
O środowiskowej jakości inwestycji przesądza się na długo przed wbiciem pierwszej łopaty. Ocena wpływu na różnorodność biologiczną powinna towarzyszyć już wyborowi lokalizacji, a nie dopiero procedurze uzyskania decyzji środowiskowej. Wczesne konsultacje z przyrodnikami pozwalają wskazać obszary konfliktowe i uniknąć kosztownych zmian projektu.
Równie ważne są wiarygodne dane. Inwentaryzacja przyrodnicza prowadzona przez pełny sezon oraz niezależna weryfikacja założeń ograniczają ryzyko błędnych decyzji. Podmiot niezależny od inwestora nie ma interesu w potwierdzaniu z góry przyjętych tez, dlatego jego ocena zwiększa wiarygodność projektu wobec interesariuszy i instytucji finansujących.
Przyroda powinna też stać się stałym elementem strategii klimatycznej, z własnymi celami i wskaźnikami, a nie dodatkiem do bilansu emisji. Odpowiedzialna dekarbonizacja gospodarki łączy redukcję emisji z ochroną siedlisk. To właśnie odróżnia transformację przemyślaną od pośpiesznej.
Transformacja niskoemisyjna jest konieczna i nie ma od niej odwrotu. Jej jakość mierzy się jednak nie tylko tonami unikniętych emisji, ale też stanem przyrody, którą zostawimy. Jeśli Twoja firma planuje działania niskoemisyjne i chce uwzględnić w nich wpływ na przyrodę, warto skontaktować się z ekspertami Bureau Veritas w sprawie niezależnego audytu środowiskowego oraz weryfikacji zgodności z Taksonomią UE.

